Historia hamulca czyli słów kilka o wartości dodanej

Dawno, dawno temu…

…gdy podejmowałam się jakiegoś zadania, bez względu na to czy w życiu prywatnym czy w pracy, to musiałam je wykonać perfekcyjnie. Albo wcale. O ile w pracy, nie da się zrobić “wcale”, to zazwyczaj musiało to być perfekcyjne. Potrafiłam dopracowywać zadanie tak długo, na ile czas mi pozwolił. Jeśli czas mnie gonił, to frustrowało mnie to bardzo, spieszyłam się i oddawałam przełożonym coś, co według moich standardów (co jest istotne) było niedorobione i złe. No, czasem może nawet ok, ale z raczej takie “ok” z grymasem na twarzy. Przypuszczam, że według standardów moich szefów było po prostu dobrze zrobioną robotą i tyle, bez specjalnego głębszego zastanawiania się nad tym. Jeśli chodzi o pozostałe sfery życia, to potrafiłam się zabrać z wielkimi chęciami do zaplanowanego zadania i choć na początku szło mi dobrze, to zawsze następował moment, w którym czułam, że muszę dopracować to, co robię. I dopracowywałam, dopracowywałam, dopracowywałam. I mijały “lata świetlne”, a ja albo się zniechęcałam i porzucałam ten ciągle nieidealny temat albo byłam niezadowolona z efektu. Często też występowała sytuacja, że pomysł na coś porzucałam na etapie jego wymyślenia, bo “wiedziałam” już z góry, że to nie będzie dobre. Bo inni są lepsi, wieki zajmie mi dopracowanie szczegółów a i tak nie będę zadowolona. 

Czemu o tym piszę?

Bo moje podejście już jakiś czas temu się zmieniło.

Przeczytałam kilka lat temu takie powiedzenie Oli Budzyńskiej (Pani Swojego Czasu – jeśli ktoś nie zna), że “zrobione jest lepsze od doskonałego” i od razu pomyślałam  o sobie i o moim wstrzymującym mnie perfekcjonizmie. Minęło trochę czasu nim to przyswoiłam i zaczęłam stosować, ale z pewnością przeczytanie tych słów było swego rodzaju momentem przełomowym.

Hamulec zwany perfekcjonizmem

Bo perfekcjonizm to słowo klucz w tym wszystkim.

Najprościej mówiąc dla mnie składa się z dwóch tez, których połączenie daje nam wyżej opisaną katastrofę 🙂

Otóż po pierwsze, to wysokie (choć może bardziej w tym przypadku wygórowane) wymagania, a po drugie unikanie (czy też niepopełnianie) błędów.

O ile samodzielnie mogą one funkcjonować, to razem… BUM!

Stawianie sobie wysokim wymaganiań jest dobre. Ciągnie nas w górę, sprawia, że się rozwijamy, działamy, poznajemy nowe rzeczy.

Unikanie błędów też jest dobre. Nikt nie chce ich przecież popełniać specjalnie, lepiej nam bez nich, działamy wtedy szybciej i sprawniej.

Jednak kiedy stawiamy sobie wysokie, wręcz wygórowane wymagania i jednocześnie nie pozwalamy sobie na popełnianie błędów, to wymagamy od siebie rzeczy niemożliwej. Dosłownie niemożliwej. Nie da się tak. Naprawdę. I z tym właśnie zmagają się perfekcjoniści.

Wartość dodana

Moje odkrycie, że mogę coś zrobić dobrze, a nie najlepiej i że mogę się pomylić, nie raz i nie dwa, a ziemia nadal będzie się obracać wokół słońca, przewróciło mój świat do góry nogami. Dzięki takiemu podejściu jestem bardziej efektywna, ale też i wypoczęta, bo czas w którym w  nieskończoność poprawiałabym na przykład ten wpis przeznaczam na przeczytanie kilku rozdziałów przyjemnej książki. Nie wyrzucam sobie tego, że się mylę. Uważam że lepiej coś zrobić, pomylić się, stwierdzić, że być może to nie to. Podjąć się czegoś nowego. Odpuścić. Lub iść do przodu centymetr po centymetrze. Bo zawsze to będzie coś więcej niż nic. Więcej niż zero. Wartość dodana naszego życia. Nowe doświadczenie. 

Wasza Aga

Tytułowy obraz to „Maszyna Czasu” Mikołaja Sępowskiego.

Zajrzyj również tu:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *