Mam szczęście, czyli co o życiu wie czterdziestka

Zbierałam się do tego wpisu jakieś dwa tygodnie. Nie jest łatwy do napisania, bo trochę mnie obnaża. I nie jestem pewna, czy to wszystko, co mam w głowie uda mi się właściwie przelać na papier. Spróbuję jednak, a wy bądźcie proszę, wyrozumiali 🙂

Od zawsze byłam szczupła. I niekoniecznie to doceniałam. Bo wydawało mi się, że ręce mam za chude, biust za mały, a skórę za bladą.  Gdy chorowałam na depresję, utrzymanie wagi nie było dla mnie priorytetem. Mało tego, od zawsze miałam tendencję do zajadania problemów.

Gdy podczas nasilenia depresji dość znacznie przytyłam, to w trakcie niej ale także i później, radząc sobie z nią, mając pracę i przyjaciół, bardzo się wstydziłam tej swojej tuszy i wszystko, co planowałam w życiu podporządkowywałam myśli o schudnięciu. O czym mówię? Ano tak to było:

  • Nie będę pozbywać się starych ubrań, bo jak byłam szczupła, to je lubiłam.
  • Przechodzę tę zimę (tak naprawdę nie tę, tylko wcześniejszą) w starej kurtce, bo a nuż schudnę… szkoda wydawać pieniądze na coś nowego.
  • Jestem gruba, więc i tak wszystko jedno w czym chodzę. Nie ma się co starać, bo w niczym nie wyglądam dobrze.
  • Jestem nieszczęśliwa, bo jestem gruba.
  • Nie mam za grosz silnej woli.
  • Każdy potrafi schudnąć, tylko nie ja.

Mogę mnożyć w nieskończoność przykłady tej mojej filozofii.

Tak było, gdy moja depresja była aktywna, gdy nie miałam pracy. Ale nawet później, gdy zaczęłam pracować.

Nie pamiętam, w którym momencie to się zaczęło zmieniać. Pamiętam jednak moment przed ostatnim urlopem, kiedy to szykowałam się do wylotu na Cypr. Szukałam stroju kąpielowego, dziewczyny z pracy pomogły i wybrałam. Byłam przygotowana do wakacji. Nastąpił jednak taki moment, w którym pomyślałam sobie: “Boże, co z tego, że mam nowe stroje, skoro nie będę w nich wyglądać ładnie?” Ładnie, czyli szczupło. ŁADNIE, CZYLI SZCZUPŁO? Gdy dotarło do mnie, jaki jest mój sposób myślenia, to złapałam się za głowę. Bo skoro ładnie oznacza, że szczupło, to znaczy, że jak się nie jest szczupłym, to nigdy nie będzie się wyglądać ładnie? A co za tym idzie dotarło do mnie, że ciągle czekam na bycie szczęśliwą, aż będę znów szczupła. A to nie tak! Kompletnie nie tak. Przecież to moje “tu i teraz” zawiera w sobie też to, ile ważę. Moje szczęśliwe “tu i teraz” nie jest czymś wybiórczym. To cała ja i miejsce w którym jestem.

Gdy to do mnie dotarło, postanowiłam (mniej lub bardziej świadomie, bo to przecież był proces) być szczęśliwą taką, jaka jestem. Postanowiłam nie wstydzić się paradować w stroju, kąpać w basenie. Chodziłam bez makijażu i było mi dobrze! Okazało się, że moje szczęście i zadowolenie z samej siebie nie wynika z tego, jak wyglądam i co o sobie myślę, tylko z decyzji, którą podejmuję. Decyzji  o tym, by być szczęśliwą i lubić się taką, jaką jestem, “tu i teraz”.

Może to truizm, może to odkryliście dawno temu. Ja w czerwcu kończę czterdziestkę. Myślę o tym często i im bliżej tej magicznej daty, tym bardziej się cieszę, że jestem, jaka jestem i że jestem w miejscu, w jakim jestem. Akceptuję się taką jaka teraz jestem. Przy kości. I wiem, że tę akceptację widać. Wróciłam do kolorów w ubiorach, są żywe, szczęśliwe. Pasują do mnie, a ja do nich. Czuję się ładna, lubię siebie. Jednocześnie to nie znaczy, że o siebie nie dbam. Małymi kroczkami chcę zmieniać swoje nawyki. Od wczoraj piję minimum 1,5 l wody, bo od zawsze mam z tym ogromny problem. Przynajmniej trzy razy  tygodniu chodzę na 5 km spacery albo na piechotę do pracy. Dbam o zdrowie, badam się. Codziennie rano nakładam makijaż. Eksperymentuję. Ale jestem, jaka jestem. I może nie będę wyglądać jak wtedy, gdy miałam dwadzieścia lat, ale jestem sobą, z moimi nadprogramowymi kilogramami, bagażem doświadczeń – pozytywnych i negatywnych. Mam rodzinę, która jest, jaka jest, ale jest, mam przyjaciół i znajomych. Mam pracę. Mam bloga. Odkrywam instagram, wracam do fotografii. Uczę się nowych rzeczy.

Mam czterdzieści lat i wiem, że szczęście jest w moich rękach. To ja decyduję o tym, czy jestem szczęśliwa, czy chcę być szczęśliwa. To ja buduję podwaliny pod to szczęście, ja o nie dbam. Nikt i nic za mnie tego nie zrobi. I to jest proces, długotrwały, czasem bolesny i wymagający odwagi. I raczej nie nastąpi moment, w którym będę mogła przestać się starać. Jednak wiem, że warto.

Pisząc ten post siedzę na balkonie, w kąciku wypoczynkowym, który stworzyłam sobie na to lato, z komputerem i kotem na kolanach. I cieszę się tym, tak po prostu, zwyczajnie.

Pozdrawiam,

Aga

PS 1.

To ja, na wakacjach. Bez makijażu, bez retuszu, bez filtrów.

PS 2.

Tutułowy obraz namalowny przez Esraa Zidan.

Zajrzyj również tu:

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *