O łapaniu własnego rytmu słów kilka, czyli dobry urlop nie jest zły

Zbawienne skutki urlopu…

Zawsze wydawało mi się, że urlop ma same plusy. Człowiek jest wypoczęty, w głowie na nowo układają mu się wartości – czyli po raz kolejny uświadamia sobie, co jest w życiu ważne. Naładuje akumulatory, porobi plany na życie, albo na najbliższe 100 dni. W dodatku jeśli jedzie gdzieś, gdzie jest słońce, to się opali 😉

Zazwyczaj tak miałam, choćby rok temu, po pobycie nad Balatonem.

W tym roku coś się jednak zmieniło.

…a może nie?

Oczywiście doświadczyłam wszystkich tych plusów, ochów i achów pourlopowych (i urlopowych). Jednak pierwszy raz byłam na urlopie we wrześniu i tym razem powrót do rzeczywistości okazał się trudniejszy, niż zazwyczaj.

Pogoda nie rozpieściła. Na urlopie 30 stopni, a po wyjściu z samolotu 10. Oczywiście byłam na to przygotowana, ubrałam się ciepło i wydawało się na drugi dzień, że zmianę klimatu zniosłam bezboleśnie. Schody zaczęły się jednak zaraz po tym, jak chciałam wprowadzić w życie plany i zmiany, które klarowały się w głowie w czasie wolnym. Szczególnie tu, w social mediach. Nijak nie umiałam się zmotywować, by usiąść do bloga. Mimo nowych pomysłów, mimo kilku szkiców postów napisanych jeszcze przed urlopem.

To samo jeśli chodzi o haft. Uwielbiam to robić, jednak cały tydzień nie byłam w stanie wyjąć robótki i zacząć działać.

Porządki domowe, to samo. Spotkania ze znajomymi, to samo. Po prostu ogarnęła mnie taka niemoc, że jedyne, co potrafiłam zrobić, to przeglądać śmieszne filmiki w internecie (no dobra, nie śmieszne, tylko z przesłuchań do programów muzycznych) i przeczytać przez tydzień jakieś pięćdziesiąt stron nowej książki.

Ta pogoda po prostu mnie wykończyła. Ciągle leje. Jest szaro, buro i ciemno. Nie ma słońca, a na urlopie było non stop.

Wskoczyć w rytm, czy nie wskoczyć?

I co? I nic. Ponarzekałam. Przez tydzień nic nie robiłam. Powoli się przełamuję (przecież właśnie czytasz świeżutki wpis na blogu). Życie idzie więc do przodu a ja powoli dorzucam własny krok. Nic się nie dzieje, nie wpadajmy  w panikę.

Chodzi mi tylko o to, że social media bombardują nas profilami motywacyjnymi. Mnóstwo ludzi, coachów, trenerów personalnych i innych samorodnych czy też samozwańczych poprawiaczy naszego życia ładuje nam do głów jedną zasadniczą myśl: zawsze musi nam się chcieć.

A nie musi. Tak po prostu.

Pozdrawiam

Aga

Zajrzyj również tu: