Moje życie jest moje, czyli o ocenianiu słów kilka (z przyjaźnią w tle)

Tajemnicą poliszynela jest to, że żyję sama. Mam cudownych przyjaciół, wśród których czuję się  dobrze i czuję się sobą. Czuję się im równa. Taka sama jak oni. Tyle samo warta. Wszyscy, albo raczej wszystkie, mają małżonków i dzieci. Nigdy, przenigdy nie dały mi do zrozumienia werbalnie, czy niewerbalnie, że moje życie jest gorsze, niepełne. Nigdy nie usłyszałam od nich, gdy rozmawiałyśmy o dzieciach czy mężach (lubię te tematy!) „ty tego nie zrozumiesz”,”nie wiesz, jak to jest”. Gdy czasem coś doradziłam lub po prostu powiedziałam swoje zdanie na jakiś temat rodzinny, nigdy, powtarzam, nigdy nie usłyszałam od nich „nie wtrącaj się, bo nie masz doświadczenia w tym temacie”. I wiesz co? Wierzę im. Wierzę, że jestem dla moich przyjaciół bardzo ważna, nie gorsza. Naprawdę realnie odczuwam, że kochają mnie taką, jaka jestem. Nawet teraz, gdy to piszę, wzruszam się i mam łzy w oczach. Bo takie przyjaźnie to wielki dar i wielkie szczęście.

Czasem jest tak, że spotykamy się wszystkie razem (jest nas cztery). Czasem jest tak, że spotykam się raz z jedną, raz z drugą, częściej lub rzadziej. Nie ma między nami rywalizacji, że jedne widują się ze sobą częściej, inne nie. Czasem widuję się jedynie z dziewczynami, czasem wpadam do całej rodziny, spotykam się z mężami i dziećmi. I zawsze czuję się tak samo chciana.

Dlaczego o tym piszę?

Bo doświadczam też niestety odwrotnego traktowania. Słyszę, zwroty w stylu „Cóż ty tam w swoim mieszkaniu możesz robić?”, „Wiecznie sama siedzisz”, „Gdzie ci się spieszy, przecież nie masz męża i dzieci”, „Już idziesz? Dzieci ci płaczą?”…

Nie jestem głupia i potrafię wyczytać podtekst z tych i tak już przykrych sformułowań. Ci, którzy tak mówią, dają mi do zrozumienia, że prawdziwe życie to tylko życie w rodzinie, z żoną, czy mężem i z dziećmi. Wtedy smakuje ono prawdziwie. Jeśli nie masz dzieci, to nie jesteś w pełni człowiekiem. Zainteresowania, którym się poświęcasz, nie liczą się. „Obcy” ludzie, którym się poświęcasz, nie liczą się. Praca, do której chodzisz, nie ma znaczenia. Twój czas wolny, którego być może faktycznie masz więcej niż ci, którzy mają małe dzieci, powinien być pełen poczucia winy, bo to nie wypada codziennie wieczorem siedzieć sobie pod kocykiem z ciepłą herbatą i ulubioną książką. To prawie że woła o pomstę do nieba. A w sumie, skoro już masz ten czas wolny, to jakim prawem poświęcasz go tylko sobie? Właściwiej byłoby, gdybyś była chodzącym caritasem i na przykład zajęła się czyimś dzieckiem lub ulżyła innym, którzy mają „prawdziwe” życie, a nie była takim sobkiem.
Gdy czasem spotkam starego znajomego, czy znajomą, z którym nie utrzymuję kontaktu, pierwsze pytanie, jakie pada to: „Masz kogoś?” albo „Masz dzieci? Nie planujesz? Przecież możesz sobie zrobić, nie musisz mieć faceta. Chcesz być na starość sama?”. Myślę sobie wtedy, że to straszne. Pomijając już przedmiotowe traktowanie dzieci w takim przypadku, bo to temat na osobny wpis, zastanawiam się, dlaczego ludzie dają sobie prawo do wypytywania mnie o moje życie osobiste i oceniania go przez pryzmat swojego. Czy życie osoby, która jest sama, jest niespełnione? Gorsze?
Oczywiście, że są różne powody tego, że ktoś jest sam. Bez względu jednak na powód, dla którego jestem sama, moje życie się toczy. Nie stoi w miejscu. Nie zatrzymało się na momencie szukania „tego jedynego”. Ja nie stoję i nie czekam. Żyję, pracuję, mam swoje pasje. Nie zatrzymałam się, tylko idę dalej. Rozwijam się.

Nie muszę udowadniać tym, którzy tego nie widzą, nie rozumieją, którym wydaje się, że jedynym słusznym kierunkiem, w którym człowiek musi podążać jest małżeństwo i dzieci, że moje życie nie jest gorsze i mniej warte.

Pół biedy, gdy są to dalecy znajomi czy nieznajomi. Odpowiadam krótko, ucinam temat, a cała moja postawa najczęściej mówi: „Wara od mojego życia, nie masz prawa go oceniać i mówić mi, że jest gorsze niż twoje” i… uciekam od takich ludzi, gdzie pieprz rośnie.

Problem i ból zaczyna się wtedy, gdy tak mówi ci twoja najbliższa rodzina. Oczywiście mogę się odciąć, ale to nie jest dla mnie rozwiązanie do przyjęcia. Mogę też próbować się bronić i tłumaczyć, ale to najczęściej jest wkładaniem kija w mrowisko i patrzeniem w oczy ludzi, którzy kompletnie nie wiedzą, o czym mówisz i w zasadzie nie widzą żadnego problemu.
Pozostaje  więc trzecia opcja, którą staram się stosować, czyli ograniczam kontakt do przyzwoitego minimum, męczę się jakiś czas z bólem niezrozumienia, złością, że ktoś uważa moje życie za gorsze, a potem… wylewam swój żal tutaj i piszę taki oto wpis.

Pozdrawiam Cię ciepło,

Aga

Tytułowy obraz to „Happy Hour II” Heidi Malott

W treści, moje absolutnie zachwycające odkrycie: „Four girls” August Macke

 

Zajrzyj również tu:

2 komentarze

  1. Aga, ludzie zawsze oceniają. Ważne jest jak Ty się z tym czujesz. Człowiek zazwyczaj jest istotą stadną i potrzebuje towarzystwa ludzi, ale nie znaczy to wcale, że musi mieć małżonka. Zwłaszcza, że często to właśnie od małżonka niejedna osoba ucieka a moze Tobie po prostu zazdroszczą świętego spokoju. A stadność można realizować na wiele sposobów. Ty masz przyjaciół,, na których możesz liczyć. Zazdroszczę. Jeżeli ktoś uważa Cię za gorszą, to niech spada na drzewo. Nie przejmuj się tak mocno. Obracaj to w żart, mów że czekasz na księcia z bajki, albo że Twój kandydat właśnie się rodzi, albo inne głupoty.:-D A niech się bulwersują. 😀 Nie tłumacz się.
    Choć pewnie niektórzy np.mamy, ciocie, babcie doradzają z troski, bo żyją stereotypami, że samej jest źle. Zaakceptuj to.
    No to się pomądrzylam. 🙂
    Wiem, że to niełatwe. Niestety czasem patrzymy na siebie oczami innych i to trochę boli. A wystarczy spojrzeć swoimi i jesteśmy szczęśliwi. Wiem o czym mówię, bo odbiegam od norm i stereotypów w różnych aspektach życia. Nie będę podawać przykładów bo komentarz byłby dłuższy niż Twój wpis. Może sama coś kiedyś o tym napiszę. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *