Przykrość, czyli niemiłe uczucie wywołane ujemnymi bodźcami

Dzisiaj będzie o przykrościach.

Męczy mnie ten temat już od kilku miesięcy jak nie dłużej. Zastanawiam się, czy dobrze, że go poruszam, ale myślę, że jak coś za człowiekiem chodzi tak długo, to ważne to musi być 🙂

Doznaliście kiedyś jakiejś przykrości? Chodzi mi o słowa, które zostały do was wypowiedziane, o czyny czy działanie, które wobec was wykonano (albo może nie wykonano, a wy czekaliście na jakiś gest), które to rzeczy sprawiły, że zrobiło wam się najzwyczajniej i po ludzku przykro?

I nie chodzi mi o zachowanie osób z waszego otoczenia, po których przykrości spodziewalibyście się. Chodzi raczej o przykrości z zaskoczenia, te personalne, które nie trafiły się „przypadkiem”, a zostały do was skierowane.  Takie, które zostały zaplanowane w waszym kierunku, przemyślane i powiedziane bądź wykonane umyślnie, ale bez planowanej złośliwości.

Mnie się kilka takich zdarzyło i zabolały mnie bardzo.

Jasne, jestem wrażliwcem, a cień Mojej Buki pojawia się mniej lub bardziej wyraźny i być może gdybym miała grubszą skórę, nie zabolałoby mnie to albo zabolałoby mniej.

Moje doświadczenie sięga przykrości od osób z otoczenia i od bliskich. Bolą oba przypadki, ale gdy zastanawiam się, który bardziej, to z pewnością dotykają te przykrości od najbliższych. Bo o ile słowa li tylko znajomych mogą zranić, to jestem w stanie sobie  z tym poradzić. Pozwalam sobie wtedy na gniew, a ostatecznie mogę się po prostu odwrócić na pięcie i odejść. W przypadku przyjaciół czy rodziny, o ile na gniew mogę sobie pozwolić (choć miewam wtedy poczucie winy, pewnie niesłusznie), to na odejście nie mogę i nie chcę. Nie po to ma się bliskie osoby wokół, by je zostawiać. To ten rodzaj relacji, o który się walczy.

Jak sobie z tym radzić? Mówić, że coś zabolało? Zostawić? Zbierać do kupy i rzucić hurtem? A może jest jakaś granica, kiedy to zostawić, a kiedy o tym porozmawiać? Dla mnie to wciąż pytania bez odpowiedzi.

Są jeszcze sytuacje, kiedy ktoś robi nam przykrość nie wiedząc o tym. Mówi nam (nasuwa mi się słowo „wypomina”, choć nie wiem, czy słusznie) o naszym zachowaniu, które mu się nie podobało, „czyści” relację z niedomówień, bo w jego mniemaniu lepiej jest powiedzieć i mieć klarowną sytuację, niż nic nie mówić i znosić.
I co ciekawe, częściej mówimy, klarujemy, bądź czujemy się w obowiązku powiedzieć coś osobom, o których wiemy (bądź wydaje nam się, że wiemy), że to zniosą, podejdą dojrzale, a sytuacja będzie (znów) przejrzysta i czysta. Czy myślimy wtedy o tym, że to je rani?

A ile razy jednym powiedzieliśmy kilka przykrych rzeczy „dla jasności”, a innym nie, bo „on (ona) i tak nie zrozumie”?

Odnoszę wrażenie, że czasem bardziej oszczędzamy osoby, na których nam mniej zależy, z którymi dyskusja byłaby ciężka i być może nie doszlibyśmy do porozumienia. Machamy ręką, jesteśmy w stanie zapomnieć, albo zaciskamy zęby i po prostu odpuszczamy. A osobom, które są nam droższe czy bliższe, powiemy kilka przykrych rzeczy, bo „i tak zrozumieją”, bo „są dobre”, bo „są wyrozumiałe jak nikt inny”.

Czy zastanawiamy się, ile ta wyrozumiałość je kosztuje?

Nie spodziewajcie się, że teraz nastąpi konkluzja w postaci wymyślonego, czy odkrytego przeze mnie złotego środka do zastosowania w określonych sytuacjach.
Nie mam go i sama borykam się z tymi przykrymi rzeczami do powiedzenia będąc to po jednej, to po drugiej stronie.
Ale jak wspomniałam, odnoszę wrażenie, że coś jest nie tak. Sytuacja dzieje się jakaś odwrotna i zamiast oszczędzić naszych bliskich, oszczędzamy tych, na których nam mniej zależy.

Zdaję sobie sprawę, że czasem przykre rzeczy trzeba mówić. Pytanie brzmi jednak: Kiedy? Od razu? Czy skumulować później? Jak to jest odbierane przez osoby mocno wrażliwe? Może to zaboli? Warto zatem? Nie warto?
Macie takie doświadczenia? Przemyślenia? Jestem ogromnie ciekawa, bo to temat, który nurtuje mnie, jak wspomniałam, od bardzo długiego czasu, a (nad)wrażliwość podpowiada mi, że zdarza mi się krzywdzić bliskich i sama jestem krzywdzona.

Aga

Tytułowa definicja za Słownikiem Języka Polskiego PWN.

Tytułowy obraz to „Eva close up” Thomasa Saliota. Jestem nim zachwycona, bo wyraża tyle emocji…

Zajrzyj również tu:

2 komentarze

  1. Cześć Aga, kopę lat! To o czym piszesz przypomniało mi moje zmagania z tym tematem. To co mi pomogło to nvc – porozumienie bez przemocy. To jak nauka zupełnie nowego języka, ale takiego który wychodzi z serca i trafia do serca. Coś co pomaga mi powiedzieć co chcę powiedzieć, czyli uszanować swoje uczucia, ale i uszanować uczucia drugiej osoby i lepiej zrozumieć jej potrzeby. Polecam każdemu kto pyta o to jak można się komunikować lepiej, czy w ogóle jest jakiś nieraniący sposób na trudne rozmowy. Jest! Pozdrawiam serdecznie i czekam na kolejny wpis!

    1. Cześć Moniko! Faktycznie kopę lat 🙂 Dziękuję ci za odpowiedź, z pewnością pogłębię temat porozumienia bez przemocy. Cieszę się, że zaglądasz na bloga i podczytujesz 🙂 Pozdrawiam cię ciepło 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *