Raz na wozie, raz pod wozem, czyli jak mi idzie realizowanie postanowień noworocznych

Tytuł mówi sam za siebie. Może nie powinnam tego pisać, tylko do końca trzymać was w niepewności? Z drugiej strony, to czy ktoś miał wątpliwości co do tego, że raz będzie lepiej, a raz gorzej? Ja nie miałam.

Mimo wszystko  trudno było mi zasiąść do pisania (a potem do skończenia) tego postu, bo wcale przyjemne nie jest przyznanie się nie tylko przed sobą do tego, że owszem, są zwycięstwa, ale są też porażki.  Podstawą tego bloga jest jednak szczerość przed sobą i innymi, więc wpis jaki jest, każdy widzi. Albo raczej zobaczy już za moment.

Zaczynamy 🙂

  • podejmuję się udziału w Wyzwaniu Książkowym 2016:  32 książki dla 32 kategorii

Podjęcie wyzwania zaczęło się z rozmachem. W samym styczniu przeczytałam siedem książek, w tym pięć do Wyzwania. Rozgraniczam, bo szybko okazało się, że nie tylko do wyzwania czytam książki 🙂 Potem tempo trochę spadło, wena (w zasadzie do wielu rzeczy) poszła się paść, ale nakarmiona owsem i sianem w końcu wróciła. Ostatecznie na dzień dzisiejszy przeczytałam trzynaście książek, z tego dziewięć wpisałam do wyzwania. Mamy prawie pół roku, a zostało mi jeszcze 23 książki, więc wygląda to kiepsko, ale zobaczymy, jak to się ostatecznie skończy. Nie mam jakiegoś super parcia, by absolutnie wyzwanie „zaliczyć”, bo chyba nie do końca o to chodzi (przynajmniej mi), ale dobrze by wyglądało, gdyby założycielka grupy wyzwaniowej na FB (która liczy w tej chwili +/- 240 osób) przeczytała choć połowę, poszerzając przy tym własne horyzonty myślowe.

  • przeczytam w ciągu roku przynajmniej 4 (po jednej na kwartał) książki rozwojowe – tematyka mocno dowolna, o motywacji, rozwoju osobistym, o social mediach,  książki te mogą, aczkolwiek nie muszą, wpasować się w kategorie Wyzwania Książkowego

Tak… Od stycznia ciągle jestem w trakcie pierwszej książki. Progres jest, bo jestem mniej więcej w połowie, ale jeśli utrzymam to tempo, to z czterech książek w  ciągu roku zrobi się jedna 🙂 I żeby nie było – książka jest na maksa ciekawa. Po prostu czytam ją powoli, zatrzymując się tu i ówdzie nad akapitem. Jakoś mi nie śpieszno i  nie wiem, czy to dobrze, czy źle 😉

  • schudnę w ciągu roku co najmniej 10 kg (zaczęłam wczoraj, trzymaj za mnie kciuki), jeśli schudnę więcej to płakać nie będę ;)

Ech. Waga stoi. To znaczy schudłam ze dwa kilo, ale potem przytyłam. Przed Wielkanocą znów udało mi się zrzucić kilogram, który po Świętach wrócił. Próbowałam nawet skorzystać z porad dietetyka. Wszystko na nic. Absolutnie nie umiem się zmotywować, ani odmówić sobie przyjemności smakowych. To, że zaczęłam pracować wcale nie pomaga, bo dziewczyny wciąż coś jedzą i zamawiają do jedzenia i trudno się przeciwstawić lub przerzucić na przynoszenie własnego jedzenia.  Generalnie póki co, to ten punkt postanowień to kompletna porażka.

  • codziennie przeczytam przynajmniej 1 werset z Biblii – wiara jest dla mnie ważna i nie ma siły, żebym nie znalazła na to kilku minut w ciągu dnia

Tu jest różnie. Raz przeczytam, czasem zapomnę, czasem mi się nie chce, a czasem czytam o wiele więcej i o wiele więcej czasu na to poświęcam.

  • będę rozwijać swoje umiejętności hafciarskie – w praktyce: cały czas muszę mieć coś na tamborku, będę próbować haftować na nowych materiałach, różnymi nićmi, popróbuję nowych technik

Tak jak z czytaniem, był czas, gdy wena mnie opuściła, ale i w tym przypadku wróciła i ma się dobrze. Skończyłam duży projekt (jeśli chodzi o sam haft, bo czeka mnie jeszcze uszycie z niego poszewki na poduszkę – tu pojawiają się schody w postaci braku wybranego wcześniej materiału i inne techniczne dylematy, ale dam radę), zaczęłam kolejny, który skończę na 1 czerwca, a następny czeka już w kolejce. W lecie planuję też próbę haftu na innej tkaninie niż kanwa, zobaczymy, jak mi pójdzie 🙂 W tym przypadku sądzę, że rozpoczęcie pracy na etacie miało i ma realny wpływ na tempo haftowania. Ograniczonego czasu, który mogę na to poświęcić po prostu nie da się rozmnożyć.

  • każda niedziela tego roku będzie niedzielą offline  – bez Facebooka, bez Instagrama, bez bloga, bez komunikatorów; udowodnię sobie i innym, że jeśli jeden dzień nie będzie mnie w sieci, to świat się nie zawali

I tutaj jestem z siebie dumna. Poza kilkoma niedzielami, podczas których skusiłam się coś sprawdzić, bądź wrzucić zdjęcie na insta, reszta faktycznie była niedzielami offline. Bez fejsbuka, bez instagrama, blogów czy innego rodzaju buszowania po necie. Mocno pomogło mi już jakiś czas temu wyłączenie powiadomień o różnego rodzaju komentarzach, lajkach i innych poczynaniach, które absorbowały uwagę i kusiły, by sprawdzić, co to. Skoro ich nie widzę, to nie kuszą.

I jak wypadam? Ta analiza realizacji postanowień daje do myślenia. Zastanawiam się, czy warto je werbalizować i co znaczy, że coś idzie gorzej albo w ogóle, a coś dobrze, w miarę dobrze, czy po japońsku – jako tako. Czy gdybym ich sobie nie wypisała, to zrobiłabym w tych tematach mniej, więcej, czy może tyle samo?
Inne pytanie, które mi się nasuwa, to czy to wszystko wyglądałby inaczej, gdybym nie znalazła pracy etatowej i czy to może być jakimś wytłumaczeniem w przypadku „gorszych” wyników?
Na szczęście jakoś mnie to wszystko nie dołuje, a bardziej zmusza do refleksji 🙂

Aga

Tytułowy obraz to „The Struggle Within” (walka wewnętrzna) autorstwa Grega Cillinsa.

Zajrzyj również tu:

1 komentarz

  1. Ja uważam, że to są bardzo dobre wyniki. I tak, rozpoczęcie pracy na etacie musiało ograniczyć Twój wolny czas, więc masz go mniej na Twoje ambitne postanowienia. A co do zrzucania wagi, ja od jakiegoś czasu zaczęłam inaczej jeść (tzn. uważniej, bo nie zawsze i nie ciągle odmawiam sobie jedzenia, na które mam ochotę) ale dzisiaj pierwszy raz od jakiś pewnie 25 lat poszłam na coś w rodzaju gimnastyki (nie wiem jaki to rodzaj ćwiczeń). Przez godzinę pani ganiała nas po sali, jakieś pompki, brzuszki, wyskoki i nie wiem co jeszcze. Aż mi się niedobrze zrobiło. Jako jedyna nie dałam rady. I pewnie babki myślą, że za tydzień się nie pojawię. A ja poszłam do sklepu po sportową koszulkę i buty (bo nawet stroju odpowiedniego nie miałam) i za tydzień mam zamiar tam iść. Trudno. Może za czwartym razem dam radę wytrzymać godzinę, a później nawet zacznę prawidłowo wykonywać te ćwiczenia, ale poczułam, że jednak taki prawdziwy ruch, to zupełnie coś innego niż spacerki, na które czasami chodziłam. Życzę Ci powodzenia w dalszym realizowaniu postanowień, a wagą się tak nie przejmuj. Tam większość babeczek była dużych, takich prawdziwie dużych, a wymiatały. 😉 Bo ważniejsza jest dobra forma niż kilka kg w tą czy drugą stronę. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *