Unikanie to sztuka, czyli o zmianie hierarchii na pstryk

Czasem popełniam błędy.

To jednak nic strasznego bo: po pierwsze – każdy je popełnia, po drugie – popełnianie błędów to droga do rozwoju. Jedno z prawdziwszych przysłów mówi o tym, że człowiek uczy się na błędach. Inaczej się nie da i im szybciej się z tym pogodzimy, tym dla nas lepiej.

O jednym z błędów, czy też rodzaju zachowania, nie wiem, jak to do końca określić, chciałabym dzisiaj napisać. Mowa o błędzie unikania.

Gdy planuję coś, co powinnam zrobić, ale za tym nie przepadam (albo w danym momencie mi się nie chce), to stosuje tak zwaną sztukę uniku. I jestem w tym prawdziwą mistrzynią.

Gdy mam się spotkać z przyjaciółmi, albo zająć pisaniem posta na blog, to nagle okazuje się, że najważniejszą sprawą wydaje się nastawienie prania, zrobienie porządku w papierach albo wysprzątanie szafki z garnkami. Rzeczy te nigdy nie są ważne w czasie, gdy naprawdę powinnam je zrobić, ale stają się najważniejsze na świecie, gdy powinnam zająć się czymś innym. Powiecie może, że należy dać sobie odrobinę elastyczności i spontaniczności i zajmować się w danym czasie tym, na co ma się ochotę. Zgadzam się. Problem pojawia się jednak w momencie, gdy jedyne, co robię, to przesuwam rzeczy do zrobienia tak, jak mi akurat pasuje, co kończy się tym, że ciągle nic nie zrobię. Hierarcha rzeczy ważnych i ważniejszych jest ruchoma jak diabelski młyn, przez co sama gubię się w tym, co lubię, kogo kocham, z czego mogę pozwolić sobie zrezygnować, a w związku z czym powinnam podjąć wyzwanie do działania. Bez względu na to, czy to akurat jest proste, łatwe i przyjemne, czy nieco mniej w danym momencie.
Oczywiście, że często jest to związane z moją depresją, w której czasem spotkanie z przyjaciółmi staje się – zupełnie irracjonalnie – wyzwaniem. Wiemy już jednak, że o ile akceptuję moją bukę, o tyle nie chcę pozwalać, aby rządziła moim życiem i decyzjami w działaniach, które podejmuję, Dlatego na przykład uważam, że spotkanie z bliską mi osobą na ogół powinno być ważniejsze niż zrobienie prania.

Jestem zwolenniczką zdrowego egoizmu. Zresztą myślenie o sobie i dbanie o siebie jest teraz bardzo modne i sama chętnie poddaję się temu nurtowi. Staram się jednak pamiętać, że sprawianie sobie przyjemności  to tylko jedna strona medalu. Przyjemność bowiem niezmiennie łączy się z obowiązkiem, o którym nie należy zapominać.
W ramach zdrowego egoizmu.

Aga

Dzisiejszy obraz to „Hierarcha obecności” Rafała Olbińskiego, a zdjęcie powyżej to specyficzne kocie wsparcie podczas pisania wpisu – gdy od czasu do czasu podrapię za uchem, to wydaje dźwięk motywujący do działania 😉

Zajrzyj również tu:

3 komentarze

  1. Haha, mistrzyni uniku, ładnie to nazwałaś. 😀 Mam dokładnie tak samo. Kiedy w danej chwili powinnam wykonać jakąś czynność, bo jest na to odpowiednia pora, to ja nagle odczuwam ogromną potrzebę zrobienia czegoś innego. Albo odwrotnie. Kiedy czegoś nie powinnam robić w danej chwili ja po prostu czuję, że muszę to zrobić. Nieraz aż mnie to zadziwia. 😀

  2. Wiesz co, wydaje mi się, że każdy jest mistrzem unikania. Tylko jedni pozwalają sobie na to bardziej niż inni.
    Ja czasami myję podłogę i poleruję okna, zamiast siąść na tyłku i napisać mail, który wisi jako rzecz do zrobienia od tygodnia, a czasami po prostu robię co trzeba. I wtedy okazuje się, że nie było to ani trudne, ani nie wymagało tak wielkiego wysiłku – jak długotrwałe go unikanie 😀

    Nie trzeba wcale mieć buki z tyłu głowy lub obok siebie, żeby mieć problem z osobistą hierarchią. Bo nawet jeśli wiemy, że coś jest ważne i powinniśmy się za to zabrać w pierwszej kolejności, żeby było z głowy, to przecież i tak wolimy zająć się czyms pierdołowatym 😉 Głupia ludzka natura 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *