Życie jak w ba… ńce, czyli co zrobić z własnym, ślimaczym domkiem

Każdy człowiek ma ulubione miejsca, ulubionych ludzi, ulubioną atmosferę, ulubione miejsce w domu, ulubione: film czy książkę, ulubionego kota. Świetnie się wtedy czujemy, bo to nasze strefy komfortu. Jesteśmy sobą, korzystamy z tego co jest, nie musimy wtedy uczyć się czegoś nowego, korzystamy z wiedzy czy osobowości bez żadnego wysiłku.

Introwertycy (czytaj: autorka bloga) mają takie strefy bardzo mocno zaznaczone, a raz wybadane i sprawdzone są schowane na sytuacje kryzysowe. Mają też strefę, która absolutnie ich zadowala i często w ich mniemaniu „ratuje”. To oni sami.

Nie jest tajemnicą (dla moich przyjaciół), że lubię swój dom, lubię spędzać w nim czas, lubię towarzystwo swoje i kotki. Mogę oglądać filmy, mogę czytać, mogę słuchać muzyki, haftować. Nie potrzebuję zagłuszaczy, lubię ciszę.

Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że czasem, gdy bardzo zanurzę się w mojej strefie komfortu, to nie bardzo chce mi się z niej wychodzić. Niezależnie, czy mam wyjść po to, by podjąć wyzwanie zmierzenia się z czymś nowym, czy spotkać z przyjaciółmi, z którymi uwielbiam się przecież spotykać.

A to jest trochę tak, jak ze ślimakiem i jego domkiem.

I nie, nie chcę ślimaka pozbywać domku, bez niego byłby tylko obślizłym czymś 😉

Chodzi o to, gdzie ślimak może dojść i kiedy 🙂

Zasada jest prosta. Ślimak chodzi, gdy wychyli się ze skorupki. Gdy siedzi w domku, to stoi w miejscu. A nie ma znaczenia, czy czołga się, czy biegnie sprintem. Zresztą ocena tempa zależy od punktu widzenia, a najważniejszy jest punkt widzenia samego ślimaka.

Oczywiście, rozwijam się w jakiś sposób, siedząc w domu i czytając, studiując, analizując. Życie będzie się toczyć. Ale nigdy nie będzie tak pełne bez interakcji z innymi ludźmi, bez odrobiny stresu, tego zdrowego, wynikającego z konfrontowania się z sytuacjami wymagającymi.

Piszę o tym, bo ja mocno tego doświadczam. Szczególnie jesienią, gdy robi się zimno, lubię zamknąć się na cztery spusty w mieszkanku, pod kocykiem i żyć w swoim świecie. I kusi mnie mocno, by nigdzie nie wychodzić.

A trzeba, absolutnie. I nie tylko z powodu szukania pracy (a właśnie coraz mniej mi się chce). Ale by spotkać się z tymi, których kocham, z którymi lubię się i śmiać i wzruszać.

Giuseppe Magni „Blowing bubbles”.

Bo można te bańki puszczać z innymi 😀

Zdjęcie ze ślimakiem od Natalii z bloga Jest Rudo.

Aga

Zajrzyj również tu:

4 komentarze

  1. Oj, ja też mam często ochotę nie wychodzić ze swojej skorupy, ze swojej strefy komfortu, ale wiem, że nie tędy droga. Ładnie to napisałaś : ” Ślimak chodzi, gdy wychyli się ze skorupki. Gdy siedzi w domku, to stoi w miejscu. A nie ma znaczenia, czy czołga się, czy biegnie sprintem. Zresztą ocena tempa zależy od punktu widzenia, a najważniejszy jest punkt widzenia samego ślimaka.” Biorę to sobie jako cytat. 🙂 Będę czytać gdy się zasiedzę w skorupie. 🙂

    1. Ja chyba też 😀 Miałam polot 🙂 😉 Dzięki Basiu, życzę i tobie i sobie równowagi pomiędzy siedzeniem w naszych skorupkach i wychodzeniem z nich 🙂

  2. Stopniowe wychodzenie z własnej strefy komfortu jest podstawą. Zacznij od budowania pewności siebie. Kup czerwoną szminkę, poczuj się wolna chociaż przez jakiś czas. Zacznij się uśmiechać. Zacznij być otwarta na innych i wszystko zacznie się układać.

    To nie jest proste, ale z upływem czasu zacznie to przynosić efekty.

    pozdrawiam,
    M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *