Mam szczęście! czyli 100 happy days :)

Gdy ponad rok temu moja koleżanka Kasia rozpoczęła swoje wyzwanie „100 szczęśliwych dni” byłam zachwycona, ale też i pełna podziwu. Dlaczego? Bo wyzwanie polega na umieszczaniu codziennie zdjęcia, które jest świadectwem tego, co nas uszczęśliwia. Czyli 100 dni! Ponad trzy miesiące! Codziennie! Wtedy byłam przekonana, że nie dam rady. Jednak wyzwanie zagnieździło się we mnie i miałam przeczucie, że kiedyś je podejmę.

Potrzebowałam roku, by się zdecydować 🙂

Wyzwanie podjęłam 12 kwietnia, a skończyłam 20 lipca.

Było… pozytywnie. Choć nie bez przeszkód.

Najpierw więc o trudnościach.

Były dni, kiedy wydawało mi się, że nie mam co sfotografować. Ale zamiast jojczyć i marudzić, zastanowiłam się, dlaczego tak się dzieje i skąd taki problem. I okazało się, że wcale nie chodzi o to, że nie mam wokół siebie szczęścia. Ale nie jest ono takim, jakim chciałabym je widzieć. Bo jest takie „powszednie”. Wiecie, mam co jeść, gdzie spać, fajny kot, widoki za oknem jak zwykle. A ja bym chciała pokazać coś „extra”. Wiecie, żeby było takie „wow”, żeby był „like” na Instagramie, czy Fejsie. I jak sobie to uświadomiłam, to się zawstydziłam i opanowałam 🙂 I postanowiłam być prawdziwa, nie szukać niczego na siłę, tylko pokazać to, co jest prawdziwe.

O przyjemnościach, plusach i wszystkim pozytywnym.

To jest niesamowite, jak zwykłe uświadomienie sobie tego, o czym wspomniałam wcześniej, że mam wikt i opierunek, że mam wokół siebie bliskich mi ludzi (i kota), że mieszkam w mocno zielonym mieście, że mogę doświadczać i słońca i deszczu i śniegu, że jest i ciepło i zimno sprawiło, że okazało się ogromnie łatwo być szczęśliwym.

Już w trakcie wyzwania najczęściej miałam dylemat, co wybrać do zdjęcia. Kilka razy nawet robiłam kolaż kilku zdjęć, bo nie umiałam wybrać jednego szczęścia dziennie 🙂

Gdy miałam gorszy dzień, to wyzwanie motywowało mnie, żeby dostrzec to szczęście dokoła.

Dostrzeganie swojego szczęścia pozwala dostrzegać szczęście innych i cieszyć się nim. Pomaga również w sprawianiu szczęścia. Pomaga podjąć rozmowę, odwiedzić, wysłuchać. Jest łatwiej pomagać, gdy samemu jest się szczęśliwym, bo czymś naturalnym dla człowieka jest dzielenie się tym. Szczęście pomaga się  otwierać.

Wiele osób cieszyło się wraz ze mną, wspierało, dopingowało – niesamowite.

Gdy wyzwanie się skończyło (a minęło szybko), dostrzeganie szczęścia, szukanie go, stało się czymś naturalnym. To było coś jak zbudowanie nawyku bycia szczęśliwym. Niesamowite, ale prawdziwe.

Wiele osób powiedziało mi, że będzie im brakować codziennego sprawdzania fejsbuka, by zobaczyć moje nowe zdjęcie. I to chyba jedna z największych radości tego wyzwania, bo o ile spodziewałam się, że będzie miało wpływ na mnie, o tyle zaskoczeniem było to, że miało wpływ na innych.

Polecam gorąco!

Dla chętnych, wyzwanie można podjąć tutaj: http://100happydays.com/pl/

 

Aga

Na zdjęciu głównym obraz „Tancerka” Steve’a Hendersona. Moje niedawne odkrycie.

A to moje #100happydays 🙂

Zajrzyj również tu:

10 komentarzy

  1. Bardzo podoba się mi ten pomysł z wyszukiwaniem zdjęć, obrazów, szczęśliwych drobiazgów. Szkoda, że tak często zapominamy, że szczęście jest w nas samych i naprawdę niewiele potrzeba, by je odkryć… ja sama o tym często zapominam zamartwiając się głupotami. Spróbuję choć kawałek tej metody wprowadzić do swojego życia. Pozdrawiam 🙂

    1. Polecam! To naprawdę staje się nawykiem 🙂 Od czasu zakończenia wyzwania złapałam się już kilka razy na tym, że wyciągałam aparat z myślą: „Muszę to dziś wrzucić na Insta”, bo patrzę oczami, które szukają wciąż i wciąż szczęścia. Zaczęło się to dziać bez zastanowienia i często bez wysiłku 🙂

  2. Mam podobne odczucia jak Ty kiedy Twoja koleżanka zaczynała wyzwanie . Jestem pełna podziwu, ale i obaw czy dałabym radę. W końcu 100 dni to nie mało. Ale we mnie też to wyzwanie, jak ładnie to ujęłaś, zagnieździło się i wiem, że kiedyś je podejmę. A Tobie gratuluję. A może by tak jeszcze raz? 😉

    1. Dokładnie Basiu, bo każdy ma swój czas i z niektórymi rzeczami nie ma się co śpieszyć. Ja się cieszę, że odczekałam widocznie tyle, ile było trzeba i ostatecznie nie był to słomiany zapał (jak mi się często zdarza), ale świadoma decyzja. Okazało się, że trafna, bo wyzwanie okazało się moim zwycięstwem i świeżymi, pozytywnymi doznaniami 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *