Na przekór wszystkiemu, czyli długo oczekiwany post o pracy

Dawno już zapowiadałam wpis o tym, dlaczego odeszłam z poprzedniej pracy. Na jego drodze pojawiły się jednak trudności w postaci gorszych dni, podczas których całą swoją siłę skupiałam na tym, by rano wstać z łóżka, a potem by wykonać podstawowe czynności: zjeść, zrobić pranie, zakupy itp. Powodem, tak myślę, było to, że nadal nie znalazłam pracy (a naprawdę szukam). Zaczęłam zastanawiać się, co jest nie tak, coś ze mną, czy coś z potencjalnymi pracodawcami. Jednocześnie nasunęło się też pytanie (nie pierwszy raz) czy słuszną podjęłam decyzję, by odejść  z poprzedniej pracy. Bo mimo, że była toksyczna, to przecież była, a ja w końcu czuję się dobrze, a problem braku pieniędzy by nie istniał.

I wciąż, na przekór wszystkiemu uważam, że podjęłam jedynie możliwą słuszną decyzję.

Przez ostatnie cztery lata pracowałam w korporacji, amerykańskiej. I od razu to napiszę, aby nie było wątpliwości. Nie mam nic przeciwko korporacjom. Naprawdę. Jeśli komuś odpowiada taki styl, takie miejsce pracy, jeśli trafił na fajnych ludzi, to dlaczego nie?

Ja jednak przekonałam się na własnej skórze, że ze swoim charakterem, osobowością, wrażliwością nie nadaję się. Mówi się, że w korporacjach panuje wyścig szczurów. Może.  W mojej go nie było. No, może był na wyższych stanowiskach, w kadrze managerskiej, ale ja byłam „zwykłym”, „biurkowym” pracownikiem. I między nami tego wyścigu szczurów nie było. Stosunki między pracownikami były raczej poprawne, oczywiście jednych lubi się bardziej innych mniej. O jednych wie się, że się nie przepracowują, a o innych, że pracują uczciwie. I wszystko byłoby ok, gdyby nie pewna drobna niesprawiedliwość. Nie wiem, czy wynikała ona z charakteru szefów, czy tak po prostu już jest, ale tym, którzy pracowali uczciwie i nie narzekali na ilość pracy, dokładano tylko obowiązków, a tym, którzy się migali, narzekali głośno i biadolili, odejmowano, bądź też zostawiano ich w spokoju.

Ja należałam do tej pierwszej grupy. I nie wynikało to z chęci wykazania się, czy podlizania. Zawsze tak miałam (bez względu na pracodawcę). Jeśli czytacie tego bloga, bądź znacie mnie osobiście, to wiecie, że mam przerośnięte poczucie odpowiedzialności, że jeśli się czegoś podejmuję, to działam i robię to najlepiej i najbardziej profesjonalnie jak potrafię. W pracy nie było inaczej. Niestety, obowiązków mi dokładano i dokładano. Potem nastąpił nawrót depresji, bo nie radziłam sobie ze wszystkim, a praca mnie mocno frustrowała. Oczywiście w pracy nie dałam po sobie nic poznać, tylko pracowałam i pracowałam. Gdy zaczynałam powoli nie wytrzymywać  napięcia i tempa pracy, to zaczęłam delikatnie dawać do zrozumienia, że mam za dużo i „nie ogarniam”. Jednak jakimś dziwnym trafem moi przełożeni nie dostrzegali problemu, a gdy dostrzegli już skutki przepracowania, to uważali że to moja wina. To mnie dobiło i tak wylądowałam na zwolnieniu lekarskim. Po zwolnieniu nie wróciłam już do pracy, tylko odeszłam.

Czy mogłam zapobiec takiej sytuacji, czy jakaś moja wina w tym była?

Tak. Oczywiście nie ma co gdybać, bo było – minęło, trzeba iść dalej, ale trzeba też wyciągnąć wnioski na przyszłość. Wiem, że powinnam była otwarcie od samego początku mówić, co myślę. I nie zgadzać się na dokładanie obowiązków. I może nie byłoby to łatwe, może nawet grożono by mi zwolnieniem, ale… czyż teraz nie jestem bez pracy? A może byłabym dzięki temu zdrowsza, gdybym była uczciwa i względem innych i względem siebie.

Piszę tu o tych wnioskach, bo gdy już znajdę pracę, to będę wracać do tego wpisu, by uczyć się na własnych błędach.

I jeszcze jedno.

Miałam mieszane uczucia co do tego, że długo tego wpisu nie było. Obiecanego przecież. Ale – tak jak pisałam w poprzednim – to blog o radzeniu sobie z depresją, więc gorsze dni wchodzą w jego zakres. A ja chcę, by był on autentyczny. Jeśli już odsłaniam, to różne swoje strony. Słabsze i gorsze też 🙂

Aga

PS

Ten wpis sygnowany jest obrazem pewnego filipińskiego malarza, Bernarda Vista. Zachwycił mnie nie dawno, więc się dzielę 🙂

Zajrzyj również tu:

6 komentarzy

  1. Po pierwsze moja Droga pragnę Cię pocieszyć. Pracuję obecnie w branży związanej z zatrudnianiem i rekrutacją pracowników i sytuacje, które opisujesz są nagminne. Po pierwsze wiem, jak trudno teraz o pracę – w większości przypadków jest tak, że dopiero 1 na 20 wysłanych CV powoduje jakiś odzew. Bywa, że jest to pierwsze – ale to tylko kwestia szczęścia moim zdaniem. Dobrze jest popróbować innych sposobów na szukanie pracy niż same wysyłanie. Warto do firmy czasami zadzwonić i porozmawiać. Polecam Ci artykuł, w którym wypowiada się moja koleżanka z działu rekrutacji, może coś Ci pomoże 🙂 http://praca.interia.pl/news-szesc-rad-jak-szukac-pracy-zeby-ja-znalezc,nId,1829054
    W każdym razie potrzeba cierpliwości. 🙂
    A jak chodzi o dalszą część – to u mnie jest dokładnie tak samo. Kto głośniej krzyczy, tym więcej dostaje. Wydaje mi się, że warto być jednak uczciwym wobec siebie. Rozmowa, to kluczowa sprawa. Nasz szef może i pluje jadem, ale nie gryzie 🙂 To TYLKO człowiek.
    Nie wiesz czy to dobra decyzja? Przecież sama wiesz, że tak. Jeszcze kiedyś sobie pogratulujesz. Trzymam za Ciebie kciuki, żeby się udało. I uda się na pewno. Po prostu jest nowa sytuacja i się boisz – to naturalne. Moja druga połowa otwiera właśnie własną firmę. I też u nas grunt jest niepewny, więc wiem co czujesz 🙂
    Cieszę się, że napisałaś, bo codziennie sprawdzałam czy nie pojawiło się tu coś nowego 🙂 Pisanie oczyszcza – przynajmniej mnie 🙂
    Pozdrawiam cieplutko.

    Ps. Cudne masz wyczucie piękna. Ten obraz jest cudowny. I pełen emocji.

    1. Dziękuję za komentarz i za wskazówki. U mnie na szczęście dość często odpowiadają na wysłane przeze mnie cv i zapraszają na rozmowę. Tylko jakoś dalej nie przechodzę. Ale staram się tym nie załamywać, poza tym za każdym razem uczę się czegoś nowego i lepiej radzę sobie ze stresem. Wole tak na to patrzeć 🙂
      Dziękuję za link, poczytam.
      I dziękuję za zaglądanie – to bardzo motywuje, świadomość, że ktoś czeka na wpis 🙂

  2. Ja też czekałam na ten wpis. 🙂 A po przeczytaniu mam wrażenie, że opisujesz moja pracę. U mnie jest dokładnie tak samo, z tym ze ja pracuję w instytucji państwowej. Nie ma tu wyscigu szczurów, bo nie ma szans na awans lub podwyżkę, ale zasada „doceniania” pracowników jest taka sama. Jesteś odpowiedzalna, dajesz z siebie wszystko, wyrabiasz się – dostajesz wiecej obowiązków. Przestajesz się wyrabiać bo masz za dużo pracy – twoja wina, bo rzekomo za malo się starasz. Wiec pracujesz ponad siły żeby wszystko wyrobić, bo cię straszą upomnieniem, powiadomieniem prezesa, wpisem do akt osobowych. Jak jesteś mocna w gębie, to się wybronisz, a jak jesteś wrażliwą osobą, to jesteś na przegranej pozycji. I pracujesz po godzinach. I wracasz wyczerpana. Psychicznie i fizycznie. Ja też zaliczyłam długie zwolnienie lekarskie, po którym wróciłam z postanowieniem, że wyluzuje, że nie będę się przejmować tym co tam się dzieje. Ale moje, jak to ładnie nazwalas:-), przerosniete poczucie odpowiedzialnosci sprawia, że dalej pracuję ponad sily. Myślę, że to dobry pomysł – zbuntowac się i zawalczyć o siebie . W końcu co mi mogą zrobić? Zwalnia mnie? I tak zamierzam zmienic pracę. Tylko jak na razie tak bardzo się boję, że mogę zostać bez pracy (a nie mogę sobie na to pozwolic) , że strach mnie paraliżuje i nic nie robię w kierunku zmiany. Oprócz gadania, że rzucę ta robotę. I tak sobie gadam juz chyba z rok.

    1. Rozumiem cię. Mam do spłacenia kredyt za mieszkanie, więc wiem co czujesz. Dlatego uważam, że każdy musi postąpić jak uważa za stosowne i właściwie do swojej sytuacji. Ale szukaj pracy w trakcie tej i staraj się wyluzowywać. Wbrew pozorom i naszemu strachowi, nie jest tak łatwo zwolnić pracownika. A tu, u mnie, zawsze masz wsparcie 🙂

  3. Może po prostu coś takiego musiało Ci się przydarzyć, żebyś sobie to wszystko przerobiła i doszła do takich wniosków jak doszłaś. Wiem, że ciężko jest walczyć o siebie lub się sprzeciwić, zwłaszcza jeśli jest się wrażliwa osobą. Czasem mi się wydaje, że dzisiejszy świat jest tylko dla tych gruboskórnych ludzi po których wszystko spływa i rozpychających się łokciami.

    1. Dokładnie! I choć dla wielu ludzi takie zrezygnowanie z pracy to wyraz nieodpowiedzialności, a nie odwagi, to ja wciąż wierzę, ze dobrze zrobiłam i mam nadzieję, że kiedyś jeszcze bardziej się o tym przekonam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *